Z ostatniej chwili:
Opowiadanie – Adaptacja – Cameron Dayton

Dane Taktyczne L45.967.22
Pozostałości pliku dźwiękowego odzyskanego z wraku krążownika Emperor’s Fury (plików holograficznych nie udało się uratować).
Od: Szeregowa Maren Ayers, Medyk, Pluton 128smy „Żelazne Błazny”
Do: Kapitan Serl Gentry, Doktor, Badawcza Jednostka Specjalna

Kapitan Gentry:
Usiądźcie szeregowy. Wyobrażam sobie że jesteście zmartwione tym, przez co ostatnio przeszłyście.

Szeregowa Ayers:
Zmartwione? Niech Pan się nie wydurnia kapitanie, nie byliśmy zupełnie zaskoczeni. Natura nie tylko się dostosowuje ale potrafi też oszukiwać, zmieniać zasady, wyślizgnąć się tylnymi drzwiami trzymając twój portfel podczas gdy ty, zastanawiasz się co się stało.

Kapitan Gentry:
Nie jestem pewien czy nadążam.

Szeregowy Ayers:
Proszę wybaczyć, to nie są moje słowa. Tak powiedział mój ojciec,  sędziwy Dr. Talen Ayers, ma dosyć specyficzny styl jeżeli chodzi o swoją wnikliwość. Z jednej strony jest szanowanym genetykiem lecz z drugiej gburowatym leśnym dziadem. Zawsze mnie to krępowało.

Często powtarzał to powiedzenie kiedy narzekałam na niewyjaśnione rezultaty moich badań. Siła przyzwyczajenia, przynajmniej tak mi się wydaje.

Kapitan Gentry:
Szeregowy, gdyby mogła Pani zacząć od początku….

Szeregowa Ayers:
To zupełnie jak wtedy, kiedy cała grupa kontrolna owocówek postanowiła wyrosnąć na tak małą, że udało im się uciec z pojemnika. Celowo odrzuciły trzymiesięczne karmienie proteinami. Przynajmniej wtedy, wydawało mi się to celowe.
Miałam wtedy dwanaście lat i pracowałam nad własną mutacją Drosophila Melanogaster do projektu szkolnego. Ojciec tylko się śmiał, powiedział, że, następnym razem, powinnam użyć słoików po dżemie. Stary dupek. Nie miał żadnej mądrej maksymy kiedy zrezygnowałam ze szkoły i dołączyłam do marines.

Kapitan Gentry:
Szeregowa Ayers, czy mogłaby Pani trzymać się tematu?

Szeregowa Ayers:
Proszę wybaczyć, zbyt osobiste? Powiedział Pan by zacząć od początku, ale zakładam, że nie jest Pan zainteresowany moimi relacjami na linii córka-ojciec. Tylko że… minęło trochę czasu od kiedy miałam okazję porozmawiać z kimś kto posiada wykształcenie ponad te które wynosi się z obozu dla rekrutów, a przed nami długa podróż do cywilizowanej przestrzeni.

Kapitan Gentry:
[Głośnie chrząknięcie]

Szeregowa Ayers:
Dobra, przejdę do sedna.

Kapitan Gentry:
Bardzo proszę.

Szeregowa Ayers:
Sześć miesięcy temu, nasz pluton został wysłany do zautomatyzowanej forpoczty znajdującej się po oblodzonej stronie Anselm, mieliśmy zmienić biedaków którzy stacjonowali na tej kostce lodu przez ostatni rok. Weszliśmy do systemu, dokonywaliśmy ostatnich obliczeń przed lądowaniem, wtedy dostaliśmy pilny sygnał z Korhal IV: wszystkie krążowniki klasy Minotaur miały wrócić do stolicy aby dopasować sprzęt do walki inter-atmosferycznej.

Zgodnie z rozkazem, wszelkie nieistotne misje miały zostać przerwane, wszelki zbędny ładunek zostawiony w najbliższym mieszkalnym punkcie, i skoczyć jak najprędzej do centrum dowodzenia. Ładunki będą odebrane przez mniejsze jednostki wojskowe. To nas zmartwiło. Oboje dobrze wiemy że termin „mieszkalny” lub „zdolny do zamieszkania” jest używany bardzo luźno przez dowództwo Dominium.

Kapitan Gentry:
Niespodziewane przeniesienia są częścią pracy w wojsku, szeregowa Ayers.

Szeregowa Ayers:
Ta, ale nie wydaje mi się by ktoś był szczególnie szczęśliwy z bycia przeniesionym w nieokreślone miejsce tylko dlatego że maszyna potrzebuje poprawek.
Nasz komputer nawigacyjny obliczył, że najbliższym miejscem spełniającym te kryteria była jałowa planeta-kopalnia znajdująca się na krawędzi systemu w którym obecnie byliśmy, Sorona. Widział ją Pan, rdzawa planeta otoczona pasem asteroid. Wygląda jak gruby dzieciak noszący brudny wąski pasek.

Kapitan Gentry:
(Krótki, przerwany śmiech.)
Tak, widziałem Sorone.

Szeregowa Ayers:
No właśnie. Byłam medykiem 128smego plutonu dwa lata. Nazwaliśmy siebie Żelazne Błazny, dowodził nami porucznik Travis Orran. Jedynie garstka naszej załogi brała wcześniej udział w walce, przy czym większość to były akcje porządkowe. Ta… trudno nas było nazwać Diabłami Niebios, wiem, nie wysyłają bohaterów wojennych by odmrażali sobie tyłki w forpoczcie na Anselm. Mimo to, nie sądzę by ktokolwiek przypuszczał że nasze tymczasowe położenie stanie się… trochę bardziej niż tymczasowe.
To było sześć miesięcy temu. Sześć miesięcy doktorze.

Kapitan Gentry:
Kapitanie.

Szeregowa Ayers:
Na lądowisku nie zastaliśmy żadnej ekipy powitalnej.

Kapitan Gentry:
To nic dziwnego szeregowy. Niektóre z mniejszych kolonii mają braki  w personelu.

Szeregowa Ayers:
Nie chodzi o to, że pojawiliśmy się w trakcie przerwy na lunch, doktorze. To miejsce było puste. I to od dłuższego czasu.
Porucznik wpadł na pomysł by zebrać tyle zapasów ile jesteśmy w stanie unieść i przejechać się dwadzieścia kilometrów do najbliższego przyczółka, małej dziury w ziemi zwanej Cask. Tam mieliśmy nawiązać kontakt z lokalną władzą by znaleźć wygodne miejsce na obóz. Porucznik Orran zażartował, że przynajmniej będziemy mogli sobie wyrobić opaleniznę zanim wyślą nas na Anselm. Śmieliśmy się, wydaje mi się, że wszyscy chcieli patrzeć na jasną stronę tej całej sytuacji.
Radosną atmosferę popsuły Zergi.
(Nastąpiła długa przerwa. Słychać jedynie jak Gentry poprawia się w fotelu.)

Kapitan Gentry:
Proszę kontynuować.

Szeregowa Ayers:
Byliśmy jakieś osiem kilometrów od kolonii kiedy ziemia wokół nas… najzwyczajniej wybuchła. Wszystko co pamiętam to szczękające morze pazurów, zgrzytających zębów i krew. Dużo krwi. Zergowie zaatakowały nas rojem, niczym ryby w morzu czerwieni. Szeregowy Branden stał tuż przede mną i widziałam jak zostaje mu oderwane ramie, pancerz, kość, wszystko, padł pod dwoma bestiami.
Oboje wiemy że nie odnotowano żadnej aktywności zergów w przestrzeni kosmicznej Terran. Słyszałam o tych obcych, widziałam materiały szkoleniowe. Nic nie jest w stanie przygotować do walki z  dzikim, zwierzęcym, szałem który Cie obezwładnia kiedy te bestie atakują. Ta szybkość. Ta dzikość. Od tamtej pory widziałam setki zergów ale pierwszy atak do tej pory mnie prześladuje… i zawsze będzie.
(Kolejna długa pauza)

Kapitan Gentry:
Więc jak to się stało, że Pani przeżyła zasadzkę?

Szeregowa Ayers:
Właściwie to porucznik był jedynym, który zachował trzeźwe myślenie i ostatecznie opanował panikę. Kazał Jesterowi porzucić pakunki i otworzyć ogień. Pamiętam jego głos – spokojny i stonowany podczas gdy dookoła panował chaos. Jest dobrym dowódcą. Dobrym człowiekiem.
Zanim padły pierwsze strzały, z pięciu marines zostały jedynie wilgotne plamy na piasku. Instynktownie chwyciłam moje A-13 i pobiegłam do Brandena z zestawem medycznym kiedy szeregowiec Delme chwyciła mnie i uświadomiła że już nic Brandenowi nie pomoże. Miała rację. Niewiele można zdziałać kiedy wnętrzności marine zostaną wyprute przez pancerz jego CMC.
W mniej niż dwie minut porucznik Orran kazał wstrzymać ogień. Kurz opadł, a my staliśmy, oszołomieni.

Kapitan Gentry:
Oszołomieni? Bez przesady szeregowcu. Wszyscy marines w Dominium są szkoleni na ewentualność ataku Zergów.

Szeregowa Ayers:
Pan nigdy nie walczył z Zergami, prawda doktorze?
Nasza jednostka składająca się z sześćdziesięciu marines skurczyła się o dwunastu, a trzech kolejnych wkrótce po tym do nich dołączyła. Zergowie wzięli nas z zaskoczenia i wszelkie szkolenia we wszechświecie nic by nie dały. Najgorsze jest to, że po kilku przeszukiwaniach, znaleźliśmy jedynie dziesięć zwłok obcych. Dziesięciu kosmitów. Garstka zerglingów wyrżnęła ćwierć plutonu w kilka minut.

I nie przetrwalibyśmy do zmierzchu, gdyby nie koloniści którzy usłyszeli strzały i przyjechali sprawdzić co się dzieje. Zobaczyliśmy chmurę pyłu na horyzoncie, czerwonawą w wieczornym słońcu. Porucznik kazał ustawić się w szyku i przygotowywaliśmy się do kolejnego starcia. Wtedy usłyszeliśmy przyjazny dźwięk terrańskich silników. Pojazd górniczy, duża ciężarówka do załadunku rudy. Widząc ją poczuliśmy ulgę.

Szybko nam przeszło kiedy pojazd znalazł się w polu widzenia.

Kapitan Gentry:
Nie było to tym czego się spodziewaliście?

Szeregowa Ayers:
Powiedzmy że maszyna widziała lepsze czasy. Tu i tam głębokie wcięcia w podwoziu, gąsiennice wyglądały na nadgryzione z jednej strony. Zderzak pojazdu ozdabiały dwie czaszki hydralisków a plastalowe reflektory połyskiwały upiornie z pustych oprawek. Nie był to transport na jaki liczyliśmy, ale przynajmniej było wystarczająco miejsca by załadować resztki naszego plutonu. Zapakowaliśmy się na ten złom i staraliśmy się zignorować żałosne wyrazy twarzy cywili stanowiących załogę tego czegoś. Naturalnie spodziewali się czegoś więcej niż naszej przerażonej jednostki.

W drodze powrotnej opowiedziano nam co zaszło. Zergowie zaatakowały osiem miesięcy wcześniej. Najpierw zewnętrzne kolonie Sorony a następnie przelały się przez pozostałe osady terran. Tak, zgadza się, osiem miesięcy. Koloniści twierdzili, że wysyłali wiadomości z prośbą o pomoc do Dominium i wszelkich okolicznych przyczółków codziennie. Bez rezultatu. Założyli że ich stacja komunikacyjna musiała być zepsuta.

Kapitan Gentry:
A zatem, jak ludność cywilna, nieuzbrojeni górnicy, przetrwali ośmiomiesięczne oblężenie ze strony najniebezpieczniejszego wroga ludzkości we wszechświecie? Strasznie nas to zastanawia.

Szeregowa Ayers:
Czy któremuś z was chciało się przejrzeć nagrania z misji rekonesansowych, kiedy wreszcie zdecydowaliście się pojawić? Jeśli nie, to niech pana technicy wyświetlą tutaj plany Cask.

Nazwa Cask (ang. beczka) pasuje jak ulał do kolonii. Umieszczona jest w niemalże idealnej, naturalnej naturalnej fortecy. Wyobrażam sobie, że ta kolonia jest niczym ze snów architekta wojskowego. Cask jest otoczone fałdami wysokiego kanionu i przykryte kamiennym łukiem. Poza ochroną przed podwójnymi słońcami planety, łuk osłania kolonię przed wszystkim poza powietrzem. Jakikolwiek atak lądowy byłby uwięziony w wąskim gardle kanionu który został nazwany przez górników „klinem”. Nawet nasz pojedynczy pojazd nie był w stanie przejechać nie ocierając się o ściany, kiedy górnicy otworzyli podrapane parystalowe bramy tylko po to by nas wpuścić między prowizoryczne barykady.

Doktorze, zergowie atakowali „klin” codziennie przez osiem miesięcy a cywile, uzbrojeni jedynie w strzelby i lasery górnicze, skutecznie stawiali im opór. Nigdy wcześniej nie słyszałam by cywile byli w stanie stawić opór zergom, nawet mieliśmy nadzieję, że taka strategia drobnych starć przyniesie owoce. Zergowie przecież nie mogli długo utrzymywać swojej aktywności na praktycznie pozbawionej życia planecie, prawda?

Kapitan Gentry:
Nie jestem w stanie przekazać innych naukowych informacji na temat obcych, poza tymi, które widziała Pani na materiałach treningowych. Proszę kontynuować swój raport.

Szeregowa Ayers:
Racja, przepraszam.

Więc, nawiązaliśmy kontakt z lokalnym przywódcą, który wydawał się być coraz bardziej przygnębiony im bardziej uświadamiał sobie że nie jesteśmy częścią większej jednostki i nie mieliśmy pojęcia kiedy nasz transport powróci. Jedyny medyk w kolonii odebrał sobie życie miesiąc przed naszym przybyciem, więc szybko znalazłam się między chorymi i rannymi cywilami.

Kiedy zapasy były na wyczerpaniu pojawił się problem niedożywienia. Cywile robili co mogli by uzyskać coś z otaczających kolonię ogrodów hydroponicznych i mchu który porastał cieniste fragmenty kanionu. Mimo że mech był kwaśny, o konsystencji pasty i miał dziwny paprykowaty zapach, dawał wystarczająco protein i węglowodanów by chronić ludność przed głodem. Kwas wyżerał większość szkliwa na ich zębach więc właściwie spędzałam większość czasu jako dentysta. Nie to, czego można się spodziewać po atakach zergów, wiem.

Pierwsza fala zergów uderzyła zaledwie godzinę po naszym przybyciu. Rozładowywaliśmy sprzęt który udało nam się zabrać gdy rozległ się dźwięk syreny. Pomiędzy wyciem alarmów, słyszałam szeleszczące crescendo od którego drżały ściany kanionu. Porucznik kazał rzucić wszystko i zająć pozycję wzdłuż prowizorycznych ścian ustawionych przez cywili.

Być zaskoczonym przez zergów to jedno, ale być przygotowanym z naładowaną, gotową do wystrzału bronią to zupełnie inne doświadczenie. Pierwsze zerglingi które wybiegły zza zakrętu przywitała miażdżąca salwa trzech tuzinów karabinów C-14 i ośmiu laserów górniczych. Prysznic posoki oblał kamienne ściany a kolejna fala obcych, mokrych od krwi swojego rodzeństwa, ruszyła. Tylko po to by pozostawić kolejne ślady na, purpurowych już, ścianach kanionu.

Kolejne dwadzieścia minut wypełnione były regularnymi salwami broni przeplatającymi się z wyciem umierających zergów. Kiedy stało się oczywiste, że moje umiejętności medyczne nie będą potrzebne, zajęłam stanowisko przy jednej ze ścian z pożyczonym C-7.
Strzelałam. Wykrawając mokre dziury w zerglingach. Widziałam jak padały, dygocząc chwilę przed śmiercią. Przysięga Hipokratesa tutaj nie obowiązywała, to było przyjemne uczucie.

Kapitan Gentry:
Hmmm?

Szeregowa Ayers:
Ta, to było świetne uczucie. Przebijając pancerze tych pierdolonych demonów. Po tym jak zabiły tylu naszych, sama możność zabijania, znowu i znowu i znowu i…..
(Płacz)

Kapitan Gentry:
(Mówiąc do mikrofonu w klapie) Tu mówi Gentry. Chyba nic istotnego już tutaj nie usłyszę. Sprowadźcie mi medyków i nosze przygotowane do…

Szeregowa Ayers:
Nie! Nie trzeba. Dajcie mi chwilę.

Kapitan Gentry:
(Wciąż mówiąc do klapy) Wstrzymuję rozkaz.

Szeregowa Ayers:
(Pociąga nosem i bierze głęboki oddech)
Przepraszam Kapitanie, przez chwile uciekłam myślami do tamtych chwil i…

Kapitan Gentry:
Weźcie się w garść szeregowcu! Dominium potrzebuje tych informacji by ratować życia! Proszę o tym pamiętać.

Szeregowa Ayers:
Ratować życia? Cieszę się że pan to tak ujmuje doktorze. Będzie mi łatwiej.
No więc mój pluton został uwięziony na tej jałowej planecie a zergi atakowały regularnie codziennie. Jak w zegarku. A my nie mieliśmy wyjścia jak trzymać pozycję. I tak mijały dni, miesiące.

Nauczyliśmy się oszczędzać amunicję odpierając większość ataków laserami górniczymi które cywile umieścili na platformach wznoszących się nad ścianami. Klin faktycznie zdawał się niwelować ofensywę, nie ważne ile zergów szturmowało, najwięcej co mogły zrobić to parę zadrapań na płytach barykad. Właściwie więcej roboty było przy paleniu zwłok laserami po ataku.

To stało się rutyną. Ataki nadciągały o różnych porach ale tylko raz na dwadzieścia cztery godziny
Zaczynało się od kilku tuzinów zerglingów a kończyło na szturmie setek obcych, depczących po sobie w taki sposób że każdy strzał gwarantował przebicie dwóch-trzech ciał jednocześnie.

Kapitan Gentry:
No wreszcie docieramy do istotnych informacji. Jakie formy przybierały ataki? Byliście atakowani jedynie przez mniejsze mioty zergów?

Szeregowa Ayers:
Tak, pytałam o inne rodzaje zergów o których wiedziałam – hydraliski, ulstraliski, pożeracze i cała reszta paskudztw. Jak się okazało uczestniczyły w pierwszych szturmach, lecz ich liczba kurczyła się im dłużej trwało oblężenie.

Kapitan Gentry:
Kurczyła się?

Szeregowa Ayers:
Kurczyła się a potem zniknęła zupełnie. Koloniści odebrali to jako znaczącą zmianę wraz z mijającymi miesiącami, pomyślelismy że jest to znak że populacja zergów skurczyła się tak bardzo że używają swojej najtańszej broni.

Kapitan Gentry:
Czy w dalszym ciągu myśli Pani, że to było przyczyną?

Szeregowa Ayers:
Nie. Żałuję, że nie byłam w stanie zauważyć co naprawdę się działo.

Kapitan Gentry:
Podzieli się Pani tą wiedzą?

Szeregowa Ayers:
Przyjdzie na to czas. Musicie usłyszeć resztę żeby zrozumieć.

Cywile byli wdzięczni za naszą pomoc. Dostarczano nam wody ze studni i stały zapas świeżej amunicji ze zmodyfikowanej odlewni narzędzi. Jedzenie i zapasy jakie ze sobą przywieźliśmy przyniosły chwilową ulgę a nasz techniczny, Szeregowy Hughes, sprawdził sprzęt komunikacyjny i wszystko działało jak trzeba.

Najzwyczajniej nikt nie odpowiadał.
(Długa przerwa. Kapitan Gentry ponownie odkaszlnął)

Kapitan Gentry:
Kontynuujcie.

Szeregowa Ayers:
Po kilku tygodniach zaczęłam coś podejrzewać.

Kapitan Gentry:
W związku z nadajnikiem?

Szeregowa Ayers:
Nie, w związku z zergami. Dlaczego miałabym mieć podejrzenia co do nadajnika. Nie byłam technikiem. To ciągłe bezowocne ataki zergów dały mi do myślenia.

Przypomniała mi się kłótnia z ojcem po którymś z jego wykładów. Tematem była teoria ewolucji, popełniłam błąd nie zgadzając się z jednym z założeń – coś o przypadkach mutacji która częściej pojawiała się w populacjach które cierpiały z powodu drastyczniego spadku liczebności. Uznałam to za głupotę by uznawać populację organizmów jako formę kolektywnej nieświadomości która reaguje na zagrożenia jako rozumowanie gestaltyczne, oderwane od całości.

Kapitan Gentry:
„Rozumowanie gestaltyczne”? Szeregowcu, przyznaje wysokie noty za słownictwo, ale właśnie użyła Pani wielu mądrych słów by opisać szeroko znany koncept cerebrytów. To nie jest nic nowego ani przełomowego.

Szeregowa Ayers:
Proszę wybaczyć, doktorze, ale wydaje mi się, że Pan nie do końca rozumie. Nie o to chodziło mojemu ojcu. Twierdził, że odizolowana populacja indywidualnych jednostek, mogła mieć w tejże populacji wzrost mutacji u nowo narodzonych jej członków jako skutek nagłego spadku populacji. Coś jakby komunikacja biochemiczna na poziomie genetycznym wszystkich członków grupy. Nawet moich cholernych owocówek.

Kapitan Gentry:
Więc twierdzi pani że izolowana grupa może mutować by poradzić sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. To jest właśnie ta natura wykradająca się tylnymi drzwiami z twoim portfelem tak?

Szeregowa Ayers:
No, jest Pan coraz bliżej.

Teoria była głupia, tak myślałam. Nie pasowały do niej żadne wzory, algorytmy ani przewidywalne modele. Większość nauk jest jak pistolet prawda? Ładujesz, pociągasz za spust i strzela. Kiedy pozna się mechanizm można za każdym razem przewidzieć wystrzał. Dlaczego, myśli Pan, dołączyłam do marines? Poza sprawą z moim ojcem. Spluwy! I łatanie dziur jakie robią, wygrywanie walk. Proste, czyste i łatwe. Ojciec nienawidził mojego pociągu do prostoty, nierzeczywistego czarno-białego wszechświata który nazywał „głupia fantazją binarną”.

„Marren” – mawiał – „czasami A plus B nie równa się C. Czasami równa się M, czasami równa się 42, czasami odpowiedź zajmuje cały esej. Musisz zaakceptować fakt że najistotniejsze pytania mają więcej rozwiązań niż można policzyć. Trzeba się cofnąć i uświadomić sobie ten cały niewyraźny obrazek”.

Oblał mnie tamtego semestru, mimo doskonałych rezultatów na egzaminie. Powiedział że nie zrozumiałam najważniejszej rzeczy.

Kapitan Gentry:
Więc Cask sprawiło że ponownie przemyślała Pani teorie swojego ojca?

Szeregowa Ayers:
Ciężko to przyznać ale tak. Było coś, w tym byciu usadzoną na wyludnionym kawałku skały, otoczoną przez samobójcze karaluchy i wcinaniu kosmicznego mchu, co sprawiło że powoli ukazywał mi się przed oczami szerszy obraz. Tatuś byłby dumny ze swojej córeczki.

Po pierwsze, dlaczego, prawdopodobnie inteligentna, zdolna do podróży kosmicznych, rasa, celowo i systematycznie rzucałaby swoje siły przeciwko niepokonanemu celowi. I dlaczego w sposób tak ciągły i metodyczny? Cask zdecydowanie nie była pozycją o znaczeniu strategicznym, podobnie jak cała Sorona.
Moja wiedza na temat biologii obcych nigdy nie była głęboka. Wyleciałam ze szkoły zanim zaczęli nas uczyć fizjologii zergów na poziomie akademickim. Z tego co udało mi się wywnioskować z okrojonych taśm szkoleniowych, Nadumysł zergów używał DNA zdolnego do adaptacji w celu wcielania przydatnych cech innych, niepowiązanych ras, do swojej palety genetycznej. To co zrobiły moje owocówki wydawało się błachostką.

Co jeżeli, jakakolwiek świadomość kontrolująca tą populację rozpoznała terrańską twierdzę na Soronie jako niezwykły problem? Co jeżeli teorie mojego ojca były słuszne? Co jeżeli odwrotnie proporcjonalny stosunek pomiędzy zdolnością do przetrwania a mutacjami było koncepcją nie tyle rozumianą przez tą masową świadomość, ale także używaną by pokonać napotkane przeszkody kiedy wszelkie inne działania nie przynosiły rezultatu? Czy nasza, broniona z desperacją, twierdza była cholernym polem eksperymentalnym wroga?

Kapitan Gentry:
Jestem pod wrażeniem. Nie mogę przedstawić szczegółów ale wasze analizy odpowiadają z danymi zebranymi przez naszą ekipę taktyczną. Jaka była wasza konkluzja?

Szeregowa Ayers:
Musiałam wiedzieć. Musiałam wiedzieć czy jesteśmy wykorzystywani, czy pomagamy zergom wywołać odpowiednie mutacje. Musieliśmy odnaleźć gniazdo odpowiedzialne za te natarcia i je zniszczyć.
Porucznik mnie wyśmiał. Próbowałam mu to wyjaśnić ale uciął wszelką dyskusję. Powiedział, że nie ma pojęcia jak długo będziemy się bronić między tymi kamieniami, i że jakikolwiek bóstwo czuwało nad plutonem ateistycznych marines, znalazło sposób by chronić ich przed atakami obcych. Miał zamiar siedzieć w miejscu i czekać na wsparcie. „Zostawcie naukę, naukowcom, szeregowy”.
Bolało. Wierzcie albo nie, bolało. Próbowałam oddalić się od mojego ojca i jego intelektualnych poczynań latami, a teraz błagałam o ich zrozumienie. O jego perspektywę. Utknęłam w centrum czegoś, co potencjalnie było kolejnym ewolucyjnym krokiem całego gatunku i brakowało mi narzędzi, wyszkolenia i wsparcia aby coś z tym zrobić.

Kapitan Gentry:
Więc co zrobiliście?

Szeregowa Ayers:
Zrobiłam co mogłam. Czekałam do kolejnego ataku i wspięłam się za barykadę.

Kapitan Gentry:
Badania terenowe?

Szeregowa Ayers:
Dokładnie.

Inni marines wrzeszczeli, szłyszałam jak szeregowa Delme wołała porucznika. Wspominała coś o „kolejnym doktorku popełniającym samobójstwo” a ja z uśmiechem odpowiedziałam na jej czułe zaangażowanie. Jeżeli schemat ataków jest prawdziwy, następnego szturmu nie będzie do jutra rana najwcześniej.

Porucznik darł się na mnie ze szczytu barykad. Musiałam go zignorować i wziąć się do roboty. Pobrałam próbki ze zwłok. Wmontowane lasery chirurgiczne szybko sobie z tym poradziły, no i miałam ze sobą pożyczone C-7 na wypadek gdyby zerglingi nie były wystarczająco martwe.

Kiedy zebrałam już wystarczającą ilość próbek, porucznik Orran otworzył bramę i czekał, czerwony ze wściekłości.

Ale co mógł zrobić? Zastrzelić jedynego medyka na planecie? Darł się na mnie przez blisko godzinę a potem zamknął w kwaterze. Kiedy zamknął drzwi ruszyłam do roboty, zamieniając pokój w prowizoryczne labolatorium. Większość potrzebnego sprzętu można było przerobić z urządzeń zamontowanych w pancerzu, i w przeciągu godziny byłam w stanie robić analizy porównawcze na ciałach poległych zergów.

Kapitan Gentry:
Zbudowała pani labolatorium na podstawie przydziałowego pancerza? Imponujące, doprawdy.

Szeregowa Ayers:
Wy wyżsi rangą bierzecie nas za zgraję bezmózgich szympansów. Nie spodziewaliście się że uda nam się dojść do tego co naprawdę się dzieje?

Kapitan Gentry:
„Co naprawdę się dzieje”? Nie wiem co mi tutaj Pani implikuje ale sugerowałbym by kontynuowała Pani swój raport, szeregowcu.

Szeregowa Ayers:
Taa. Laboratorium nie było niczym szczególnym, ale wystarczyło do przeprowadzenia podstawowych testów. Zlokalizowanie mutacji nie trwało długo, nawet z brakami w mojej edukacji. Wie pan jak w ludzkiej transplantologii wszystko opiera się czy ciało przyjmie obcy, nowy element? No to proszę sobie wyobrazić reakcje jeżeli nowy element pochodzi z zupełnie innego gatunku.

Tkanka łączna zerglingów, to twarde, skórzane coś co łączy utwardzony szkielet zewnętrzny zergów z tkanką mięśniową, było pokryte wypryskami i zrogowaceniami. Każda pobrana próbka ukazywała jakieś obrzęki i ślady fermentacji na wskutek pęcherzykowatych krost które gromadziły się na niej.
Kolejne odkrycie było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Zgnilizna miała charakterystyczny, paprykowaty zapach. Zapach do którego przywykłam wraz z każdym posiłkiem od kiedy przybyliśmy na Soronę.

Kapitan Gentry:
Ten sam zapach co…

Szeregowa Ayers:
Ale dlaczego zergowie mieliby absorbować lokalny mech do ich szerokiej gamy cech genetycznych. To pytanie mnie przerosło.

Być moża infekcja wywołana przez jakieś podstępne glony? Raczej nie. Wątpie by cokolwiek mogło się przedostać przez system immunologiczny tych potworów, ale było to całkiem możliwe. Postanowiłam zdiagnozować jeden z mniejszych bąbli, wściekło-zielona próbka wielkości paznokcia. Zrobiłam małe nakłucie laserem medycznym.

Kapitan Gentry:
I?

Szeregowa Ayers:
I obudziłam się dwie godziny później w stanowisku medycznym z piekącą skórą. Porucznik Orran stał nade mną z twarzą chorą od zmartwień. Powiedział mi że wybuch granatu postawił go na nogi i o tym jak znalazł mnie pod zawaloną ścianą w sąsiednim pokoju. Wtedy zerknęłam na pozostałości mojego pancerza. Cała prawa strona wyglądała jak świeczka trzymana nad płomieniem, płyty pancerza stopiły się ze sobą. Porucznik powiedział mi że jeżeli mam ochotę ze sobą skończyć to żebym przynajmniej ściągnęła zbroję. Zabawny człowiek, doprawdy.

Poprosiłam by zabrał mnie do mojej kwatery. Albo porucznikowi Orranowi było mnie szkoda albo najzwyczajniej przestał ze mną walczyć, chwycił mnie pod ramię i poniósł mnie do pokoju. Pomieszczenie było zniszczone, ściany porozrywane we wszystkich kierunkach. Miałam szczęście, że przetrwałam.
„To nie był granat” powiedziałam „to był wrzód”.

Zaśmiał się, przekonany że zwariowałam. Zapytałam go jakim cudem udało mi się znaleźć granat z kwasem w mojej kwaterze. Stwierdził że musiał znajdować się na wyposażeniu pancerza. Widząc części mojej zbroi porozrzucane po pokoju ciężko mu nie uwierzyć. Nie mogę go winić, kto by uwierzył w moją historyjkę o złowrogich kosmicznych wrzodach?

Ostatecznie położono mnie w jednym pomieszczeniu z szeregową Delme. Moja skóra owrzodziała, pękała i zaczęła odchodzić, ciągle widać ślady na mojej ręce. Powiedziałam Delme o moich zmartwieniach i o tym, że trzeba kogoś poinformować o tym co się tutaj dzieje. Powiedział jej, że może wieści o nowej mutacji zergów spowodują że ktoś nam pomoże.

Tylko pokiwała głową i z uśmiechem czyściła broń. Delme musiała tak robić przynajmniej tuzin razy przez kolejne kilka dni.

Kapitan Gentry:
Tymczasem kolonia znajdowała się pod ciągłym atakiem zergów, zgadza się?

Szeregowa Ayers:
Zergowie? Nie, przestały nacierać.

Kapitan Gentry:
Przestały?

Szeregowa Ayers:
Tak jest. Ostatni szturm był rano po moim wypadku, później nic. Delme powiedziała że wszyscy są optymistycznie nastawieni, sama nawet miałam nadzieje. Może to faktycznie była jakaś cudowna infekcja która pokonała zergów. Czyżbyśmy zawdzięczali życia Soroniańskiej florze?
Orran złagodniał po paru dniach i wypuścił mnie z aresztu. Nie wiem kto czuł większą ulgę: ja czy szeregowa Delme. Kolejny tydzień odbył się bez incydentów. Porucznik postanowił wysłać zwiadowców. Wybrał trzech marines z lasu podniesionych ochoczo rąk, wszyscy czuliśmy się klaustrofobicznie  po takim czasie w tym cholernym „klinie”.

Znalazłam jakieś narzędzia i zaczęłam naprawiać mój stopiony kombinezon, udało mi się nieco naprawić łączenia, do tego stopnia że mogłam się poruszać w tym złomie. Z zergami czy bez, zawsze lepiej się czuje chodząc w moim zmodyfikowanym CMC. Nie byłam już szalonym pretendentem do tytułu naukowca. Byłam cholernym medykiem Dominium, a poglądy mojego ojca na temat natury jako sprytnego kieszonkowca zostały w pięknym stylu obalone przez trujący mech.

Kapitan Gentry:
Tak, tak. A na co wpadli zwiadowcy?

Szeregowa Ayers:
Wszyscy byliśmy ciekawi kiedy wrócili, zarówno cywile jak i my zebraliśmy się wkoło pełni nadziei, że ataki zergów to już przeszłość. Porucznik Orran postanowił złamać protokoły i ogłosić raport publicznie.
Orran zapytał zwiadowców czy napotkali jakieś jednostki wroga. Trzech marines spojrzało po sobie z uśmiechem. Szeregowy Godard nawet zaczął się śmiać. Powiedzieli, że znaleźli całą dolinę wypełnioną chorymi, umierającymi zergami. Twierdził, że bestie były spuchnięte od zarazy, ledwo chodziły.

Szeregowiec Evans powiedział, ze spędzili całe popołudnie opróżniając magazynki na tych „biednych draniach”.
Cywile zaczęli się radować a porucznik Orran stał, uśmiechnięty od ucha do ucha. Pierwszy raz od dłuższego czasu, ściany tego kanionu rozbrzmiały czymś na kształt nadziei. Jednak coś w słowach szeregowca mnie zaniepokoiło. Być może źle usłyszałam, musiałam przekrzyczeć hałas.

Zapytałam czy naprawdę opróżnili wszystkie magazynki i ile było tych chorych zerglingów. Evans uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Nie był pewien, ale dolina była ich pełna.

Krew we mnie zastygła. Tak nie powinno być. Wywołana infekcją zaraza powinna wyniszczyć gatunek a nie go pomnożyć. Zergi nie wymierały, odkryły nową mutację. Nowy miot właśnie się gromadził a klin miał wkrótce stanąć otworem.

Odwróciłam się i pobiegłam. Porucznik Orran wołał za mną, zakłopotany moją reakcją. Musiałam dostać się do nadajnika i podjąć próbę nadania wiadomości. Nie pamiętam jak długo biegłam, ale dotarłam na miejsce chwile przed pierwszymi eksplozjami które wypełniły całe Cask.
(Kolejna, długa przerwa)

Kapitan Gentry:
Szeregowcu?

Szeregowa Ayers:
Resztę znacie, przynajmniej jej większość. Usłyszeliście moją wiadomość. Przybyliście. Odpowiednia motywacja sprowadziła tutaj całą flotę krążowników w zaledwie cztery dni. Cztery pierdolone dni! Potwory! Słuchaliście jak ta kolonia zdychała miesiącami i nie kiwnęliście nawet palcem dopóki nie dostarczyliśmy wam cennych, z wojskowego punktu widzenia, informacji.

Kapitan Gentry:
Jeszcze raz proszę o resztę raportu szeregowcu! Weszła Pani na grząski grunt.

Szeregowa Ayers:
Resztę raportu? Chcecie wiedzieć co się działo przez te cztery dni? Musiałam patrzeć jak barykady których broniliśmy przez te sześć miesięcy powoli się rozpływały w kwasie. Musiałam oglądać jak cały pluton marines oddawał swoje życia jeden za drugim, starając się powstrzymać nieskończoną hordę spuchniętych zielonych obcych, którzy z każdą falą zdobywali kolejne centymetry. Widziałam jak ostatnia iskra nadziei w oczach marines gasła kiedy pojawiła się kolejna generacja wybuchowych zerglingów, stworów które nauczyły się zwijać w kłębki, niczym piłki, i rzucać się na nasze pozycje z prędkością większą niż biegnący marine.
No i wreszcie widziałam jak cała kolonia cywili umiera, wrzeszcząc podczas gdy ten nowy miot zergów niszczył Cask centymetr po centymetrze seriami niekończących się eksplozji które echem odbijały się od ścian „klina”.

Kapitan Gentry:
I to jest wasz raport?

Szeregowa Ayers:
Tak, to jest mój raport. Wiem że mnie poniosło i nie wyrażam się z odpowiednim szacunkiem wobec oficera wyższego rangą. Wiem też, że nie dożyje końca tego lotu i że jest pan pierwszym i ostatnim oficerem Dominium który mnie przesłucha. Wiedziałam to już kiedy nas zabraliście na pokład wraz z porucznikiem Orranem. On także nie dożyje poranka prawda?

Kapitan Gentry:
Jeżeli to wszystko, będę musiał Panią odeskortować do…..

Szeregowa Ayers:
To z całą pewnością nie jest wszystko. Mam nadzieję, że słuchał Pan mojego raportu wystarczająco uważnie by wiedzieć co to jest.
(Odgłos westchnięcia i cofającego się krzesła)
Tak, przyniosłam próbkę do waszych laboratoriów doktorze. Nieco większe od paznokcia prawda?
Niech Pan siada. Jeżeli wstanie Pan jeszcze raz wysadzę ten jebany pokój w powietrze. Ledwo przeżyłam wybuch w pełnym pancerzu, ale tamten pęcherz nie był nawet w połowie tak duży jak ten. Tak, zgadza się, proszę sobie spokojnie siedzieć.
Tak bardzo chciał Pan usłyszeć mój raport, że zapomnieliście mnie wyciągnąć z tego potrzaskanego pancerza? Albo przynajmniej przeszukać mnie na obecność obcej materii, a może nawet dezaktywować moje małe lasery? Głupia medyczka nigdy by nie zaatakowała, nigdy by nie podejrzewała…

Kapitan Gentry:
(Szepcąc do mikrofonu w klapie) Tutaj Gentry, przyślijcie ochronę do pokoju przesłuchań 7E, migiem!

Szeregowa Ayers:
Ależ proszę bardzo, proszę wezwać ochronę. To nie potrwa długo.

Wiem dranie, że słyszeliście nasze wołanie o pomoc. Że cały czas słuchaliście. Wiem, że chcieliście zobaczyć jak długo cywile są w stanie przetrwać. Także wiem, że chcieliście zobaczyć jak Zergi dostosują się do nowej przeszkody. Widziałam podniecenie w Pana oczach kiedy czytał Pan raporty, ty chory, sadystyczny skurwielu. Mam zatem złe wieści.

Zauważyłam coś jeszcze przez te cztery dni. Widziałam jak robale wycofały się po pokonaniu „klina” i zniszczeniu kolonii. Wraz z porucznikiem oglądaliśmy jak te stwory najzwyczajniej odwróciły się i opuściły ruiny Cask. Widzieliśmy to wszystko z ukrycia w którym nas znaleźliście. Odeszły bo ich eksperyment się zakończył…. powodzeniem.

Wydawało się wam że to WY eksperymentujecie na nich? To one eksperymentowały na samych sobie. W ten sposób rosną w siłę.

Dwadzieścia-cztery godziny przed przybyciem waszej floty, słyszeliśmy jak dookoła kolonii wyrastały działka zarodnikowe. Nota bene, działka mogły zostać użyte do wykończenia Cask w każdej chwili, ale to by popsuło eksperyment. Nie, te działa wystrzeliwały zarodniki w kosmos, bez wątpienia do innych opanowanych przez Zergi planet. Dzieliły się zdobytą informacją zresztą Roju. Wiem, że od dawna nie było żadnych śladów obcej aktywności w przestrzeni kosmicznej Terran i mam nadzieję że jesteście przygotowani na kolejne starcie. Zergowie nadchodzą. Zergowie są naturą, esencją jej mocy.

Dalej nagrywacie? Dobrze.

Ojciec miał rację doktorze. Natura nie tylko potrafi się dostosować. Natura oszukuje, zmienia zasady, i wymyka się tylnymi drzwiami z waszym portfelem zanim zorientujecie się co się stało. Teraz wyłączcie nagrywanie i wstańcie.
(Nagranie odnotowuje długą przerwę, westchnięcie i eksplozje. Następnie się urywa.)

Podziel się tą informacją z innymi:
  • RSS
  • Google Bookmarks
  • Print
  • PDF
  • email
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Grono
  • Śledzik
Informacje o wpisie:
Autor publikacji: Siomer
Dodano: 29 marca 2010, 23:05

Dodaj komentarz: