To zawsze byli Ci cholerni KM-i. Byli tutaj w środku najczarniejszych godzin ludzkości, podczas gdy dwie obce rasy siały spustoszenie w sektorze Koprulu, oni, Kel-Morianie, byli zajęci podkopywaniem interesu wydobywczego Dominium.
Tak, to przez tych KM-ów Walden Briggs znalazł się na tym opustoszałym księżycu-kopalni wysoko ponad orbitą Roxara, prawdopodobnie lata świetlne od Korhal IV lub czegokolwiek, co nazwać by można było cywilizacją. Przynajmniej to sobie myślał maszerując w swoim wspomaganym pancerzu CMC-300 wraz z czterema innymi marines ze Szwadronu Zeta ku wypełnionej minerałami jaskini, która była jakieś osiem mil przed nim.
Księżyc Roxara był najmniej przyjaznym dla oka miejscem w galaktyce. Nic tylko pył i skały pod nieskończonym sklepieniem mdłych gwiazd. Nic tylko pył, skały, gwiazdy i zatrzęsienie surowców.
- Hej, Jenkins – powiedział Hendrix, a jego głos zabrzmiał głucho przez interkom jego hełmu.
- Mam dobry dowcip.
- Zaczyna się – przerwał Wynne.
- Lepiej dla Ciebie żeby ten był śmieszny – odpowiedział Jenkins skanując bezkresną przestrzeń przed sobą.
Na horyzoncie widział rafinerie i inne budynki w różnym stadium konstrukcji. Wyglądało to jak niedokończone miasto szkieletów. Kości tego, co mogłoby kiedyś być kolonią wydobywczą.
Konfederacja zareagowała aresztowaniem Raynora i jego ludzi. Kolejne ataki kosmitów wybuchły na planecie. Trzeba było interwencji anty-konfederacyjnych rebeliantów, zwanych Synami Korhala aby zacząć jakikolwiek zbrojny opór przeciwko inwazji istot zwanych później zergami.
- Dobra dzieciaki, przestańcie pieprzyć. Ten jest żółty, tym razem to może faktycznie coś być – Walden znał odpowiedź jeszcze zanim to powiedział. Dla każdego z nich ta misja nie miała sensu i on to wiedział.
- O nie, Sierżant mówi, że ten to żółtek. Co my teraz zrobimy? – sarkazm Hendrixa nabierał na sile.
- Zamknij mordę Hendrix – uciął Walden.
- Daj spokój, wyluzuj stary. Nie było tutaj ataku zergów w przeciągu ostatnich czterech cholernych lat. Nikt nawet nie widział tych całych protossów, a te Kel-Moriańskie kmioty nie są dla nas żadnym zagrożeniem po tym wszystkim, co tu przeszliśmy. Co mam na myśli, to to, że gdyby było inaczej przysłali by coś więcej niż Szwadron Zeta i ten stary Konfederacki szmelc, który my nazywamy opancerzeniem i bronią – ciągnął Hendrix.
- Stary szmelc. To jest eufemizm. To jest komplement dla tego złomu co mamy. Nie pamiętam żeby te rupiecie kiedykolwiek okazały się użyteczne. – Wtrącił Jenkins razem ze swoim złotym uśmiechem.
- Że co to niby znaczy eufemizm?- Zapytał Wynne rechocząc.
- Przede wszystkim zastanawiam się, kto Cię przyjął do tej cholernej armii – wtrącił Brody, szturmowiec tej grupy, był najwyraźniej wkurzony całą dyskusją. – A teraz radzę słuchać sierżanta i zamknąć te swoje jadaczki zanim ja wam je zamknę! – Brody był najbardziej onieśmielającym człowiekiem w jakiejkolwiek grupie by się nie znalazł i dobrze o tym wiedział.
- Zresztą, to wcale nie był dobry dowcip – powiedział Hendrix skruszony.
Walden lubił mieć Brody’ego u boku.
- Te Kel-Moriańskie worki gówna może są niczym w porównaniu do zergów, ale to nie znaczy, że ich agenci nie mogą sabotować naszego wydobycia tutaj – powiedział Walden – Ponadto mamy rozkazy i będziemy się ich trzymać jak każdy dobry chłopiec z marines. Skanujesz?
- Szefie, nie mamy żadnych skanerów na ten obiekt? To ni cholery nie ma sensu, żeby nas wysłali aż tutaj żeby pobawić się w zwiedzanie jaskini – Hendrix zerknął w dół do jaskini.
- Słuchaj, jeżeli jakikolwiek agent KM tam jest, wysyłamy wiadomość do Morii, że się tak nie bawimy. Pewnie, to nie jest normalne, ale widzę w tym jakąś logikę – spokojnie odpowiedział Brody.
- No nie wiem. Hendrix ma trochę racji Brod, to jest podejrzane – wtrącił Jenkins.
Walden wiedział że zarówno Hendrix i Jenkins mieli trochę racji. To było całkiem nietypowe zlecenie dla szwadronu marines ściągniętych ze służby z planety odległej o jeden skok czasoprzestrzenny. Jednak mimo wszystko Walden pokładał swoje zaufanie w Dominium. Dominium było jedyną rzeczą, w którą wierzył. Jedyną rzeczą, której mógł zaufać. Pewnie wiedział o tych wszystkich kretynach, którzy widzieli w Imperatorze Arcturusowi Mengskowi jakiegoś tyrana. Wiedział o tym całym terrorystycznym ścierwie pokroju Jima Raynora i jego „Korsarzach”, ale nic z tego nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. To były czasy, które wymagały twardego przywódcy i właśnie takim był Mengsk.
Kiedy Walden pierwszy raz usłyszał o Chau Sarze lata temu, jego serce zdawało się zapaść do żołądka. Był na Tarsonis. Niebo było lazurowe. Idealne. Siedział na ławce w Parku Benneta i czytał artykuł na swoim odtwarzaczu. Jakiś bzdetny artykuł o DJ-u, który wywodził się ze slumsów na południowy-zachód od miasta Tarsonis i stał się najgorętszym towarem klubowym na planecie. Pamiętał nawet jej imię. DJ Atmosphere i jej zdjęcie gapiące się na niego. Ciemnowłosa piękność wyglądająca zza przesadnie niebieskiego tuszu do rzęs. Nagle czerwony pasek przeciął jej twarz: „Chau Sara została spopielona przez nieznaną obcą rasę.” Pamiętał jak bardzo to się wydawało surrealistyczne „Obca Rasa”? „Spopielona”?
Następnie grawitacja uderzyła go całą swoją potęgą, bardzo dosłownie. Jego kolana poddały się i spadł z parkowej ławki zanurzając się w chłodnej, wilgotnej trawie. Znał kogoś kto niedawno się przeprowadził na Chau Sarę. Rudy Russel, jego kumpel z dzieciństwa, mechanik satelitarny. Jego kumpel, który został spopielony.
Nie trwało to długo, zanim jego serce przesiąkło strachem. Świadomość, że każda planeta może być tą następna, że nikt nie jest bezpieczny. Ten strach przerodził się w złość wypełniającą jego ciało, jakby ktoś podał mu dożylnie kubek kawy. Lata później zastanawiał się, czy ten łowca nagłówków, Jim Raynor, czuł to samo. Bunt przeciwko własnemu rządowi był luksusem, na który mogli pozwolić sobie Ci, którzy nie obawiali się słowa „zerg” i „protoss”.
Nie ważne jak bardzo nietypowa ta misja była, Walden nie zamierzał kwestionować rozkazów.
- Jenkins, nie płacą tobie za zadawanie pytań. Płacą Ci za zabijanie. Łapiesz? A teraz chodźmy – powiedział Walden idąc naprzód.
- Cholera, sierżancie, nawet nie wiedziałem, że ta głodowa jałmużna, którą dostaję, można było nazwać zapłatą – Jenkins uśmiechnął się włączając lampy zamontowane do jego pancerza. Brody popchnął Jenkinsa. Jenkins wiedział, że próba ucieczki byłaby głupia.
Podzielili się na dwie drużyny po dwie osoby. Hendrix, doświadczony zwiadowca, poszedł sam.
Jaskinia była wilgotna i nawet w ich klimatyzowanych CMC powietrze było gęste od zapachu kladdickiego mchu – kwaśnej rośliny, która rosła na księżycu i na ścianach jego jaskiń.
Zdawało się, że szukali ponad godzinę. Każdy dokładnie śledził cyfrową mapę, która oprowadzała ich przez przydzieloną strefę. Właśnie mieli dojść do wniosku, że jaskinia jest pusta.
- Bandai-Siedem do Koguta. Na dole czysto sierżancie – Oznajmił Wynne oświetlając trochę bardziej nieużywanego SCV – Poza tym zapachem. Przypomnijcie mi żebym nigdy więcej nie wchodził do jaskini pełnej tego złomu.
- Będę pamiętał, cukiereczku – powiedział Brody klepiąc Wynne’a po ramieniu – Ale założyłem, że to ty tak cuchniesz. A teraz chodźmy. Jest czysto.
- Przyjąłem – powiedział Hendrix przez interkom – Tutaj też czysto.
Walden i Jenkins kontynuowali poszukiwania po innej stronie jaskini. Walden zawsze miał wyraz twarzy pokerzysty, który Jenkis znał bardzo dobrze, ale teraz był wstanie go przejrzeć. Gęste brwi Waldena były ściągnięte jakby chciały się nawzajem chwycić. Zmieszanie. Tak, to mówi to spojrzenie – pomyślał Jenkins. Szef jest tak samo zmieszany jak cała reszta. Nie rozumie po co tu jesteśmy.
Walden zacisnął szczękę zauważając, że Jenkins stara się czytać mu z twarzy.
- Nie gap się tak na mnie. Ciesz się. Właśnie otrzymałeś wakacje wraz z pokryciem kosztów na księżycu… – ale nagle przerwał mu dźwięk zsuwających się po błocie kamieni.
- Chłopcy. Chyba mamy tutaj żywego.
- Mamy oznaki ciepła! – krzyknął Jenkins jednocześnie celując swoim karabinem w hałas.
- Na dwunastej, w tej dziurze. Chyba znaleźliśmy sobie KM-ów mimo wszystko. No wychodź słodziutki. Uwierz mi, nie chcesz, żebym to ja poszedł po Ciebie.
Cokolwiek kryło się pod kamieniami, przemieszczało się szybko. Dwóch marines popędziło do przodu.
- Zeta, zbiórka w tym miejscu na mój sygnał.
- Tak jest, sir – powiedział Brody. Jego oddech zdawał się ciężki poprzez interkom.
Tętno Waldena wyrywało dziury w suficie. Słyszeli, że szpiedzy Kel-Morian często byli wyposażeni w detonatory nuklearne, które odpalali jeżeli zostali schwytani, zabierając wszystkich ze sobą. Dzikusy.
Marines zamilkli w oczekiwaniu. Jedynie odgłos ich łomoczących serc dudnił w uszach.
Walden wziął głęboki wdech i dał krok naprzód.
I oto on, cień wijący się ponad błotem. Bez ostrzeżenia Jenkins wystrzelił serię ponaddźwiękowych kolców.
- Giń ty skurw…. – resztę jego kwiecistej wymowy zagłuszył ciężki odgłos oddawanych serii.
- Wstrzymać ogień…. WSTRZYMAĆ OGIEŃ! – przerwał Walden. Jenkins zwolnił spust.
-Odwołać alarm. – Walden oświetlił to, do czego strzelał Jenkins. Ślimak zik. Duży, ślimakowaty i autochtoniczny mieszkaniec jaskiń Roxara. Przynajmniej kiedyś, teraz to kupa postrzępionego mięsa.
- Niezły strzał Jenkins, najzwyczajniejszy zik. Myślałem, że wybili wszelkie formy życia zanim zaczęli kopać. Nie nasze zmartwienie.
- Kurde. Biedactwo natknęło się na niewłaściwych marines – powiedział Jenkins starając się ukryć swoje zażenowanie.
- Idiota. – Uśmiechnął się Wynne.
- Dobra panowie, zbiórka na Alfa Dziewięć – Tango. Wygląda, że wrócimy wcześnie do domu, akurat na rewelacyjne „szczury” Dominium
„Szczury”, w slangu marines, oznaczały racje, zapuszkowane dania, które każdy w armii był zmuszony traktować jako jedzenie.
- Czemu nie usmażymy tego robala… to cholerstwo musi smakować lepiej – wtrącił Wynne. Jego chichot, tym razem, był zaraźliwy.
Hendrix już czekał na resztę na zewnątrz. Jego olbrzymi cień był powykręcany w straszliwej poświacie Roxary.
- A niech mnie – powiedział Brody dysząc – Nie pamiętam, żebyś nie był ostatnim, wlokącym za sobą swój leniwy tyłek.
Hendrix tylko na niego spojrzał. Wynne zaśmiał się zza pleców Brody’ego
- Przecież on w życiu nie był na czas, nigdzie.
Wreszcie Hendrix się odezwał – Żarty… – zaraz po czym opuścił wizjer, zasłaniając twarz.
- Może, jednak jesteś w stanie nauczyć starego psa nowych sztuczek… Dobra, zadanie wykonane. Jenkins, masz gotowy raport? – zapytał Walden.
- Tak jest, sir.
- Ruszamy. Trafiliśmy na piękną, gwieździstą noc. W sam raz na spacer. – Walden rozpoczął marsz.
Marines uformowali pojedynczy szereg z Waldenem na czele, jakby głowa niebieskiej gąsienicy z neostali, pełznącej w mrok pustkowi.
- Hej, Hendrix, masz jakiś dobry dowcip? – Zapytał Wynne, śmiejąc się jak szkolny rozrabiaka próbujący sprowokować bójkę.
- Kurwa, Wynne… – przerwał Brody.
- Dobra, sorry że pytałem.
- Dobra panienki. Odpocznijcie trochę. Wyruszami o 2700. Wyśle dane do dowództwa – posprzeczali się trochę, jak zwykle przed udaniem się na spoczynek. Byli rodziną, nieco dysfunkcyjną, ale mimo wszystko rodziną.
- Myślicie że to centrum dowodzenia ma pokera? – zapytał Wynne.
- Idę o zakład, że ma. Jeżeli ty grasz, to ja też. Przyda mi się podwyżka w tym tygodniu – Odpowiedział Jenkins.
Wszyscy byli pogodni, mimo dziwnej misji. Właściwie było coś nie tak, Hendrix był jakiś dziwnie małomówny. Teraz kiedy sobie poszedł ta myśl zaczęła kołatać się w umyśle Waldena. To nie w jego stylu, ta cisza. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej. Powinienem porozmawiać z nim rano. Może ta misja go przeraziła. Dobry sierżant musi mieć stały kontakt ze swoimi ludźmi, pokazać im swoją delikatniejszą stronę od czasu do czasu.
Jednak ta myśl umknęła w momencie kiedy otworzył drzwi do swojej kabiny. Podobało mu się, że to centrum dowodzenia wyposażone było, dla odmiany, w prycze. Nie ma to jak położyć się po spędzeniu całego dnia w kombinezonie CMC-300. To było jak ponowne narodziny.
Walden był rozebrany do bokserek i t-shirtu, rozwalony na czymś co udawało łóżko i oglądał UNN (prowadzoną przez Dominium sieć wiadomości) na holograficznym wyświetlaczu. Mimo wszystko, dobrze było wyciągnąć nogi nie słysząc szczękania neostali, ale coś nie dawało mu spokoju. Reporter UNN mówił o ostatnim akcie terrorystycznym grupy Jima Raynora na planecie Halcyon. Drań wysadził szkołę. Wszystko w imię sprzeciwiania się temu co nazywał „skorumpowanym imperialistycznym rządem, który wykorzystuje własnych obywateli”. Jak człowiek może żyć w zgodzie z samym sobą po czymś takim? Zdecydowanie wole imperialistyczny reżim niż terroryzm… Pomyśleć, że niektórzy nazywają go bohaterem. Na ekranie pojawiła się twarz Raynora. Wyglądał inaczej aniżeli człowiek, którego wizerunek służył do treningów bojowych Dominium. Zapuścił się, a jego twarz wyglądała na zmęczoną i wytartą latami zmagań. Wyglądał starzej, może nawet… smutniej.
Głośny krzyk zmusił Waldena do wstania. Nie słyszał takiego krzyku od czasów Wojny Stad. Wojny, którą wolałby zapomnieć. Zeskoczył z pryczy akurat by odpowiedzieć na walenie do drzwi.
Spadło na niego ciało, całe we krwi. Miało wypruty żołądek a krew tryskała na lewo i prawo. Twarz była trupio blada. Ciało złapało kurczowo koszulkę Waldena aż ta się rozerwała.
- O kuwa! Kurwa, kurwa, kurwa. Trzymaj się Brody! Trzymaj się!- Walden ukląkł przy zwijającym się w spazmie ciele.
- Hendrix – wymamrotał Brody – Hendrix… to nie Hendrix… on jest…jest…
- Czym jest Brody? Czym?
- Zergiem – wyszeptał. Oczy spojrzały w górę, nieruchome. – Zerg – powtórzył szeptem, delikatnie. Jego nerwowy oddech zatrzymał się.
Zerg? Hendrix jest zergiem? To nie miało sensu. Ale wtedy Wynne i Jenkins wbiegli do korytarza.
- Sierżancie… reaktor. To coś jest koło rdzenia reaktora. Chodź!
Obaj dzierżyli karabiny igłowe i byli zdesperowani w pogoni za ofiarą. Walden pobiegł bez namysłu zostawiając swój karabin.
- Musimy zanieść Brody’ego do szpitala. Migiem! – rozkazał Walden.
- Za późno, nie da rady – odpowiedział Jenkins – Lepiej upewnijmy się, że nikt więcej tak nie skończy.
- Za czym my do cholery gonimy? – Zapytał Walden, czując jak jego serce wali coraz szybciej
- Hendrix to nie Hendrix. Właśnie skończyliśmy partię pokera kiedy przyłapałem go na dole, w pokoju operacyjnym szukającego kodów bezpieczeństwa. Kiedy zapytałem go co do cholery wyprawia uśmiechnął się i odszedł. Złapałem go za ramię, a ten mnie uderzył mocniej niż kiedykolwiek byłem uderzony. – Imponujące limo pod okiem Jenkinsa zdawało się potwierdzać jego słowa.
- Uciekł – kontynuował Jenkins – Brody dorwał go – wypluł z siebie Wynne – Potem, eh kurwa, on… Hendrix się zmienił. Nie zostało nic tylko śluz i flaki, jakby wywaliło go na drugą stronę. On, raczej „to”, zmieniło swoją rękę w kość, jakby ostrze i wypruł nim flaki Brody’emu.
- Brody’emu udało się w to coś strzelić i trafić. Uszkodzić zanim uciekło – dodał Jenkins.
- Gdzie do cholery jest ochrona? – wrzasnął Walden
- Zbroją się sierżancie. Usłyszeli zerga i natychmiast pobiegli po swoje karabiny i CMC – odpowiedział Wynne. Tym razem nie było słychać śmiechu w jego głosie.
Myśli nie dawały Waldenowi spokoju. Jak Hendrix mógł stać się zergiem? Co mam powiedzieć żonie Brody’ego? O czym do cholery oni mówili?
Szli tropem ścieżki krwi rozlanej po całym piętrze. Ta krew na pewno nie była terrańska, nie ma mowy. Łączyła się w grube kule purpurowego protoplazmatycznego bajzlu, które sprawiały że zmysły wariowały.
- Musimy dorwać to coś zanim ucieknie – Powiedział Jenkins mijając narożnik, idąc tropem biomaterii wiodącym w dół metalicznego korytarza, w kierunku pancernych drzwi.
Wynne szybko otworzył drzwi. W środku, pomiędzy bagnem flaków, leżały świeże zwłoki pilota SCV. Pozbawione życia oczy patrzyły się na nich. Jego broda była przesiąknięta własną krwią, a wyraz twarzy pełen zdziwienia i żalu.
- Tędy uciekło – powiedział Wynne śledząc ślady śluzu kierujące się do klapy.
- Sierżant zostanie tutaj i zdobędzie wsparcie SEC jak tylko się pojawią. My pójdziemy za tym czymś – nalegał Jenkins.
- Przykro mi żołnierzu, tak się nie stanie. – rozkazał Walden, mimo że każda komórka jego jestestwa nie chciała niczego innego jak tylko się zgodzić. – Jenkins to jest moja odpowiedzialność. Ty zostań i poinformuj SEC, że Wynne i ja pobiegliśmy tunelami. Daj mi swoją gwoździarkę.
- Tak jest, sir! – odpowiedział Jenkins oddając broń.
Walden ruszył pierwszy i zaczął schodzić po drabinie, prosto w ciemne, zaparowane głębiny komory reaktora.
Wycie poniżej było prawie nie do zniesienia. „SKRIIIIIII”, „SKRRRRRIIIIII!” To były odgłosy zranionego zwierzęcia desperacko szukającego wyjścia. „SKRIIIIIIII!”. To właśnie był zerg. Walden spędził wystarczająco dużo czasu walcząc z tymi potwornościami, by to wiedzieć.
Jego bose stopy dotknęły ciepłej metalowej podłogi. Parzyła go w palce, jakby chodził po rozpalonych węglach. Cholerne przetwarzanie fuzji. Kaszlnął, wdychając parę.
- Zergi nie są takie bezczynne jak mówią, Sierżancie. Wygląda na to, że idą teraz w naszym kierunku – Wynne szedł naprzód z podniesionym karabinem igłowym, który czekał, żeby wystrzelić jak tylko nadarzy się okazja. Ale jego słowa przycichły. Wygląda na to, że oni są pomiędzy nami. Z jakiegoś powodu to nie wydawało się Waldenowi możliwe.
„SKRIIIII!” Czy to dochodziło z lewej? Nie, z prawej. Czekaj! Z PRZODU! Kreatura biegła na Wynne z pełną siłą. Miało kształt humanoida, ciągle noszącego wiele z ciała Hendrixa, ale nawet przez parę było widać, że cielsko się zmienia. Częściowo człowiek, częsciowo zerg. Wyglądało jak osoba przepuszczona przez maszynkę do mielenia mięsa, która z drugiej strony wyszła jako częściowy insektoid. Wynne wystrzelił tylko po to, by zostać odrzuconym, a następnie nadzianym na kościane ostrze, które przebiło jego flaki głośnym zwierzęcym krzykiem. Stwór wbijał swoje ostrze kilkakrotnie wykręcając i szarpiąc kość, wydawałoby się, bez końca.
- Sierżancie! O kurwa, jak boli. Strzelaj! Strzelaj! Weź to ze mnie! – Wynne wrzeszczał, ból był nie do zniesienia.
Walden stał jak posąg, sparaliżowany tym co widzi. To się nie może dziać. To się do cholery nie może dziać! Ja nim dowodziłem! Powinienem kazać mu zostać.
- Aaaaaaaaaahh – wrzasnął Wynne.
Wtedy iskra racjonalności dopadła Waldena, nacisnął spust, ale nie strzelał do zerga. Wystrzelił igłę prosto w głowę Wynne, kończąc jego cierpienie. Nie mógł pozwolić, by Wynne umarł w taki sposób. Wycelował w zerga, który uciekał tonąc w kłębach pary.
Głowa zerga obróciła się ku niemu, ale to nie była już zniszczona twarz Hendrixa. To była twarz Wynne’a. Wpatrywała się w niego, oczy wypalały dziurę w duszy Waldena, patrząc z wyrzutem. Walden nie mógł pociągnąć za spust i zabić Wynne jeszcze raz. Nie ma mowy. Jedyne co słyszał to wkurzająca paplanina Wynne i jego dziarski śmiech siedzący w jego głowie, doprowadzający do szaleństwa. Bestia zniknęła rozpływając się we mgle.
Jego serce sprawiało wrażenie jakby chciało wykopać żebra. Ciii, pomyślał, starając się ze wszystkich sił uspokoić gwałtowne bicie. Ciii. Muszę być spokojny. Opanowany. Walden zwinął się w kulkę, trzymając broń jak koło ratunkowe, jakby jego życie od tego zależało. I prawdopodobnie tak było. Czuł rosnącą kałużę krwi Wynne, ciepłą i wilgotną, spływającą ku nie mu.
Stwór był ponad nim. Wiedział to. Pełzało po kratach w jego kierunku. Gdzie jest ta cholerna ochrona? Zerg wracał po niego. Łup! Trzask! Brzdęk! Widział jak przytłumione światło wypływające z krat znika, by po chwili znowu się pojawić wraz z przemieszczaniem się stwora. Mutant poruszał się ku niemu w błyskawicznym tempie, jakby wiedziało, że podobnie jak on, są tutaj uwięzieni. I tylko jedno z nich wyjdzie z tego żywe. Zebrał się w sobie, w miarę tego jak nadchodziło. To dlatego dołączył do marines, aby zmierzyć się z tym, czego się bał.
Użył wszystkich swoich sił by wstać, obrócić się i wystrzelić serię igieł w kraty. Spojenia pękły a za nimi spadł na niego zerg, do połowy pozostający w formie Wynne.
Krew była wszędzie. Twarz Wynne gapiła się na niego przez chwilę, aby się zmienić w mięsiste, protoplazmatycznie coś. Walden zrzucił cielsko z siebie. Wtedy…
- Sierżancie Briggs, jest pan tam? – zapytał głos z góry.
- Zgadza się… i jestem jedyną pozostałą przy życiu istotą tutaj.
Wyczołgawszy się spowrotem po drabinie, na główne piętro szybu reaktora. Był wyczerpany fizycznie i psychiczne. Nie był do końca przygotowany na to, z czym się zmierzył. Ekipa naukowców Dominium stała ze skrzyżowanymi ramionami, gotowi go przywitac. Dokładnie jakby czekali tutaj cały czas. Zaraz obok naukowców stała pełna drużyna marines uzbrojona po zęby w pancerze bojowe i karabiny gaussa. Na podłodze, w oceanie krwi, leżał martwy Jenkins.
- Co, do diabła, się tutaj dzieje – powiedział Walden starając się zrozumieć sytuacje – Skąd się wziął ten szwadron? To nie SEC, to regularni marines.
- Proszę wziąć głęboki oddech, sierżancie Briggs. Wyświadczył Pan ogromną przysługę Dominium. To co pan tam spotkał nazywamy „Changelingiem”. Królowa Ostrzy była trochę zajęta odkrywaniem nowych ulepszeń dla swojej obrzydliwej rasy.
- Wy… wy wiedzieliście o tych stworach? Co do kurwy nędzy się stało z Jenkinsem? – Walden zbyt wiele doświadczył w przeciągu ostatnich kilku godzin, by wyrażać się grzeczniej w stosunku do naukowca, którego mundur mówił, że jest oficerem… kapitanem.
- Uważaj na język, sierżancie – powiedział jeden z marines. Miał nieobecny wzrok jednego z tych resocjalizowanych kryminalistów, którzy zostali wykorzystani do służby w wojsku. Walden zawsze wierzył w program resocjalizacji. Dominium utrzymywało, że wybierało kryminalistów i dawało im dar nadziei, nowy początek. Jednak Ci marines nie różnili się niczym od kryminalistów jakich spotkał w slumsach Tarsonis przed inwazją zergów, szczególnie, że mieli swoje karabiny wycelowane w niego, w sierżanta marines który właśnie wyszedł cało z piekła.
- Proszę złożyć broń sierżancie, chcemy zadać tylko parę pytań dotyczących pana ostatnich doświadczeń – oznajmił naukowiec wyciągając dłoń. – Musimy wiedzieć co się da o tych „changelingach”. Są zdolne przejąć wygląd naszych żołnierzy i szpiegować nasze instytucje. Wysyłają nawet psioniczne sygnały zmuszające nasze jednostki do uwierzenia, że wszystko jest w porządku. To jest bardzo niebezpieczny przeciwnik, nie sądzi Pan? Taki, o którym musimy wiedzieć wszystko aby zapewnić bezpieczeństwo Dominium. Pana historia wskazuje na ponadprzeciętną lojalność… To był powód, dla którego wy – Szwadron Zeta – zostaliście wybrani. A teraz proszę, karabin.
- Co się stało z Jenkinsem? – zapytał ponownie Walden cofając się do zimnej metalowej ściany. Był na granicy szaleństwa, w które powoli wpadał.
- Pułkownik Jenkis musiał zostać zneutralizowany. Odmawiał dowodzącemu oficerowi. Poproszę po raz ostatni sierżancie, proszę oddać broń. – Kapitan wyciągnął rękę gwałtownie.
- Nie… o, nie- wszystko zaczęło się składać w jedną całość. Misja, która wydawała się być totalną pomyłką, Hendrix w kopalni, który był nieobecny kiedy zrobiło się gorąco. To wszystko, to był jakiś eksperyment, żebyście mogli zobaczyć jak wyglądają sprawy?
- Przecież nie mogliśmy użyć innych metod badawczych. Musieliśmy zobaczyć w jakim stopniu „changelingi” są w stanie się przemienić, sierżancie. Dominium musi podejmować trudne decyzje, by chronić swoich obywateli. To są mroczne czasy i ekstremalne środki muszą zostać przedsięwzięte. – Jego słowa ukłuły Waldena. „A teraz proszę oddać…”
BUM!
Wystarczył jeden strzał, by go uciszyć. Jeden strzał, by słowa, które brzmiały jak złowieszczy śmiech, ucichły. Jego całe życie, Walden zawsze widział wszechświat w czerni i bieli, tak było znacznie łatwiej. Changeling wyglądał jak Hendrix. Tak jakby był jednym z nas. Ta myśl kazała mu się uśmiechnąć, podczas gdy jego ciało było przeszywane ośmio-milimetrowymi igłami.
Jego ciało zostało rozerwane na strzępy ogniem marines, ale z jakiegoś powodu jedyne o czym był w stanie myśleć to raport UNN o Jimie Raynorze, który walczył przeciwko nadużyciom Dominium przez cały ten czas. Dopiero teraz, kiedy na cały wszechświat zapadła ciemność, Walden uświadomił sobie, że sprawy nie wyglądają na takie, na jakie uważał. Wszechświat miał zergów, którzy wyglądali na ludzi i ludzi którzy byli znacznie gorsi od zergów.
- Drań zabił kapitana – powiedział jeden z marines.
- Cholera, straszna szkoda – powiedział jeden z naukowców, ignorując zupełnie żołnierza – przydałoby się nam więcej danych z tego wypadku.
- Nic się nie stało – powiedział inny naukowiec wycierając plamy krwi ze swojego płaszcza.- Mamy jeszcze dwa schwytane changelingi. Szwadron Tau jest już w drodze.
- Niech się stanie – odpowiedział pierwszy naukowiec, wychodząc wtrącił – I posprzątajcie ten bałagan.
Koniec
Tumaczenie: Jarek „Whisky Bob” Dylewski
Korekta: Arek „Dagger” Zgrajek
Kosmetyka: Paweł „Siomer” Słomka